31 maja 2013

Pierwsze Prawo Magii [Miecz Prawdy cz.I] - recenzja

Podstawowe informacje
AutorTerry Goodkind
Oryginalny tytułWizard's First Rule
Gatunekhigh fantasy, przygodowa, romans
Język oryginałuangielski
Czytanew oryginale
CzęściPierwsza część z dwunastu, dwa prequele
Data wydaniaAmeryka: 1994
Polska: 1998
Pierwsze Prawo Magii to początek długiej, bo aż dwunastotomowej powieści Terry'ego Goodkinda, poczytnego amerykańskiego pisarza. Seria zdobyła dosyć dużą popularność i (jak mi się wydaje) zdobyła ją paradoksalnie przez wszystkie te zgrzyty, o których zaraz Wam opowiem i które mnie osobiście doprowadziły do pasji.
Jasnym jest, że Goodkind lubi pisać i ma do tego zacięcie, niestety jednak los nie obdarzył go równie dużym talentem do budowania fabuły lub postaci. Pierwsze Prawo Magii pełne jest banałów i mało zaskakujących zwrotów akcji, które mogłyby zaskoczyć jedynie kogoś, kto przez większość swojego życia nie miał dostępu do książek czy filmów. Jednak nawet, jeśli komuś nie przeszkadza łatwość przewidzenia dalszego rozwoju wypadków, pierwsza część Miecza Prawdy ma sporo innych wad, jak również garść mocnych stron. Najbardziej denerwującą cechą stylu pisarskiego Goodkinda jest kompletny brak subtelności. Autor opisuje każdy wybór i każdą myśl bohatera tak dokładnie, że zaczyna to być niemalże obraźliwe dla inteligencji czytelnika. Podobną tendencję mają postacie, które uwielbiają prowadzić między sobą długie dialogi w których wyjaśniają, dlaczego robią coś tak, a nie inaczej. Czytając Pierwsze Prawo Magii czułam się tak, jakby Goodkind niemal karmił mnie fabułą za pomocą małej, dziecięcej łyżeczki. Może właśnie dlatego książka ma tak dużą objętość, choć tak naprawdę nie ma w niej wiele akcji i nie przedstawia sobą zbyt dużej wartości (w przeciwieństwie do na przykład Władcy Pierścieni. Książka długa, ale Tolkien zdecydowanie miał w niej dużo do powiedzenia).
Oczywiście brak subtelności rozciąga się również na inne sfery. Terry Goodkind z założenia próbował w swojej powieści przedstawić głębokie i trudne problemy moralne, jednak niestety w jego wykonaniu wszelkie rozterki bohaterów wychodzą raczej prymitywnie. Bohaterowie i ich relacje dostają podobnym rykoszetem. Najgorzej wypada w tym momencie główny wątek romantyczny. Będące jego częścią postaci są według mnie dosyć dobrze opracowane (jednak o tym później), zaś pozbawione finezji poprowadzenie wątku najbardziej utartą ścieżką zwyczajnie wszystko niszczy i z idealnej miłości, którą Goodkind sobie zamarzył, mamy niemalże operę mydlaną.
Książka przypomina bardziej pozycję dla młodzieży, niż poważną literaturę, a przynajmniej przypominałaby, gdyby nie konkretne i relatywnie szczegółowe opisy przemocy i seksu. Jest to naprawdę przedziwny kontrast, gdy na jednej stronie mamy najbardziej cukierkowe i tragiczne wyznanie miłości, jakie tylko sobie można wymarzyć, a kilka stron dalej pojawia się opis (na jakieś 80 stron) tortur, którym poddawany był jeden z bohaterów. Mamy coś o gwałtach, trochę homoseksualizmu, trochę flaków i sporo krwi. Biorąc pod uwagę to, co wcześniej mówiłam o braku subtelności Goodkinda, możecie sobie bardzo dobrze wyobrazić, jak to wyszło w praniu.
Miałam napisać też coś o postaciach. Postacie jako ogół są ciekawym zjawiskiem u Goodkinda. Wydawać by się mogło, że skoro autorowi tak opornie idzie tworzenie interesującej fabuły, to jak może stworzyć interesujące postaci? I tu mała, miła niespodzianka w postaci pary głównych bohaterów. Richarda zdecydowanie można polubić za chłodną ocenę sytuacji, inteligentne pytania i szybkie wnioskowanie. Czasem wydaje się, że choć nikt nie przygotowywał go do pełnionej roli, ma absolutnie wszystkie cechy, które mu w tym pomagają. Denerwującym nieco może być fakt, że Richard to "The Chosen One" i widać to tak wyraźnie, że polecam ciemne okulary. Mimo tej cechy postać naprawdę da się polubić. Kahlan Amnell, czyli jego luba (to nie jest spoiler, to było widać od pierwszych kilku stron) stanowi ciekawe połączenie kobiety silnej i świadomej swoich obowiązków, a jednocześnie delikatnej i wrażliwej. Czasem sprawia to, że nieco się miota, ale z drugiej strony większe wytłumienie tej bardziej emocjonalnej strony znacznie spłyciłoby postać. Mam nieco mieszane uczucia jeśli chodzi o Zedda. To sympatyczny i sprytny, a także zabawny stary czarodziej, który nie raz dostarcza powodów do śmiechu, jednak taki jego sposób bycia i relatywnie niewielka rola w fabule sprawiają, że mało wiarygodna staje się rola, jaką odegrał w historii świata. A była ona duża. Nieco dziwnie wygląda fakt, że wielki i potężny mag tak niewiele robi w kwestii zażegnania niebezpieczeństwa i zamiast tego zwala wszystko na barki człowieka, który tak naprawdę nie ma pojęcia, jakie reguły rządzą Midlandami.
Dużym rozczarowaniem była dla mnie postać głównego antagonisty, czyli Rahla Posępnego. Goodkind starał się stworzyć naprawdę złego i okrutnego przeciwnika, niestety jednak Rahl jest raczej żałosny, niż straszny i do tego boleśnie nieskuteczny. To przykład, kiedy autor ewidentnie za bardzo bał się, że "ten zły" zrobi krzywdę "temu dobremu" i w efekcie czarnoksiężnik, przed którym drży pół świata zostaje wystrychnięty na dudka przez leśnego przewodnika. Do kitu. Przez to ma się wrażenie, że Richard wcale nie walczył z trudnym przeciwnikiem, tylko został wysłany na poligon. Nie będę już wspominać o poplecznikach Rahla. On jest żałosny, więc wyobraźcie sobie jego sługi.
W pierwszym akapicie napisałam, że Miecz Prawdy to popularna seria i tak jest w istocie. Można by się zastanawiać, dlaczego tak jest, skoro do tylu rzeczy się przyczepiłam? Otóż właśnie dlatego. Pierwsza część serii Miecz Prawdy jest książką sztampową, schematyczną i niewymagającą głębszego myślenia, zaś rzucone od czasu do czasu "twardsze" momenty działają pewnie pobudzająco na łaknących chleba i igrzysk. Pierwsze Prawo Magii to lektura, którą co prawda można przeczytać, jednak chyba tylko wtedy, gdy ma się nadmiar wolnego czasu lub z jakiejś przyczyny lubi się tego typu pozycje. Mi niestety książka nie przypadła do gustu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz