5 czerwca 2015

Dear Esther - recenzja

Podstawowe informacje
Gatunekprzygodowa, art game
Rok wydania2012
Wydawcathechineseroom
Główny programistaJack Morgan
ArtyściRobert Briscoe, Ben Andrew
ScenarzystaDan Pinchbeck
MuzykaJessica Curry



Dear Esther to gra, w której niewiele jest powiedziane wprost, zaś większość informacji trzeba wyciągnąć z subtelnych znaków, które przemawiają raczej do serca, niż umysłu.
Spacerując po smaganej wiatrem skalistej wyspie, przedzierając się przez jaskinie i morze traw, dostaniemy przejmującą historię opowiedzianą w listach kierowanych do tytułowej Esther. Jednak kim dokładnie jest Esther, kim jest nadawca listów i o czym tak naprawdę opowiada - to pytania, na które trzeba sobie odpowiedzieć samemu. Interpretacji jest wiele.
Grę rozpoczynamy na nabrzeżu, u stóp zniszczonej, rozpadającej się latarni morskiej. Wokół nie ma żywego ducha, a jedyne ślady ludzkiej obecności są tak stare i zatarte, że nie można się spodziewać, by ktokolwiek tu jeszcze został. Trudno zbyt dokładnie określić czas i miejsce, w którym rozgrywa się opowieść - jest wieczór, najprawdopodobniej jesień, ale którego roku? Gdzie tak dokładnie znajduje się nasza wyspa? Między wierszami można wyczytać, że gdzieś na północ od Szkocji, jednak niewiele wnosi nam to do wyjaśnienia fabuły.
Dear Esther to w dużej mierze książka zamknięta w ramy gier, niż gra w potocznym znaczeniu tego słowa. Twórcy uważnie operują tutaj wszystkimi elementami otoczenia, nie pozostawiając nawet kamyka w przypadkowym miejscu. Całości dopełnia oszczędna pod względem liczby instrumentów muzyka, która jednak ową oszczędnością tylko dodatkowo podkreśla nastrój całości, nie odciągając jednocześnie uwagi od tego, co dzieje się na ekranie.
Na uwagę zasługuje również fakt, że kolejne listy do Esther, których fragmenty usłyszymy, są generowane losowo. To oznacza, że grę należy przejść więcej, niż jeden raz, aby usłyszeć nowe wypowiedzi, albo usłyszeć je w innej kolejności - to może rzucić nieco więcej światła na interpretację fabuły. Im dalej idziemy, tym mniej składne wydają się wypowiedzi narratora, który zaczyna również mniej starannie wypowiadać poszczególne wyrazy. Nie mówię tu o jąkaniu się lub seplenieniu, ale raczej niedopowiadaniu końcówek wynikającym czasem z nadmiernej ekspresji.
Dear Esther to klasyk w swojej kategorii. Stanowi bardziej interaktywną powieść, w której zamiast czytać opis otoczenia możemy zobaczyć go na własne oczy, niemalże dotknąć. A pomyśleć, że gra ta zaczynała jako mod do Half-Life 2...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz